Te fakty mówią wszystko. To dlatego muzułmanie nie giną w zamachach

W ciągu ostatnich dwóch lat w Europie dopuszczono się łącznie kilkadziesięciu aktów terroru. Najsłynniejsze, duże ataki terrorystyczne, miały miejsce w Paryżu, Nicei, Brukseli, Berlinie, Londynie, Manchesterze, Monachium, Berlinie i Sztokholmie. Niemal wszystkie z nich to dzieło radykalnych muzułmanów. 

Tylko w tych wymienionych wyżej atakach, a przecież to tylko część z tych, które miały miejsce, życie straciło ponad 270 osób, a około tysiąca zostało rannych. Jednak po żadnym z tych zdarzeń nie docierały do nas informacje o poległych praktykujących muzułmanach. A przecież po większości zamachów do opinii publicznej trafiały metryczki ofiar. 

Już teraz blisko co czwarty obywatel Francji jest wyznawcą islamu, niewiele mniej jest ich w Belgii, a i w Niemczech w bardzo wielu dużych miastach ludność napływowa stanowi nieznaczną większość (z reguły 50-53%). Dlaczego żaden z nich nie miał takiego pecha, by znaleźć się pod kołami pędzącej ciężarówki czy paść ofiarą zabłąkanej kuli z rąk swojego pobratymcy w wierze? 

Przecież mało jest w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii miejsc, gdzie chadzają wyłącznie biali Europejczycy, chrześcijanie. Może z wyjątkiem stoisk z wieprzowiną i jarmarków bożonarodzeniowych, ale tylko ten drugi przykład stał się okazją do zamachu. Miejsca takie jak promenada (atak w Nicei), deptak (Sztokholm) czy ogólnodostępny most (Londyn) uczęszczane są przecież przez wszystkich. 

Wytłumaczenie cudownego ocalenia społeczności muzułmańskiej jest tylko jedno: są o planowanych atakach uprzedzani. Choć brzmi to groteskowo, to na pewno mniej, niż gdyby ktoś przekonywał, że zamachowiec jest w stanie pędzącą ciężarówką doraźnie omijać osoby o ciemniejszym odcieniu skóry lub kobiety w hidżabie, a mordować tylko „niewiernych”. Faktem jest również, że nawet agenci zachodnich służb wtapiający się w radykalne środowiska islamskie, często nie są w stanie do końca zrozumieć przekazu radykalnych duchownych. Choć perfekcyjnie porozumiewają się w języku arabskim, to brak dosłowności i wymijający kontekst praktycznie uniemożliwiają dosłowną interpretację tych apelów. 

Tłumaczenie, że społeczność islamska ma niebywałego farta, też niezbyt trzyma się kupy. Powtórzmy raz jeszcze: duże miasta w Europie zachodniej, w których muzułmanie stanowią jeszcze mniejszość, są już… w mniejszości. 

Wielu dziwi się, że w londyńskich, berlińskich czy paryskich meczetach frekwencja bije na głowę tę, którą cieszą się tam kościoły katolickie. Można wierzyć, że faktycznie każdy człowiek podający się za muzułmanina gorliwie uczęszcza na wspólne modły. Opcjonalnie można zawierzyć „teorii spiskowej”, że w meczetach odbywa się coś w rodzaju kampanii informacyjnej, gdzie niedosłownym (co dla imamów typowe) językiem uprzedza się o ewentualnym niebezpieczeństwie utraty zdrowia lub życia, które może czyhać w określonym miejscu i czasie. 

Jeśli ktoś puka się w czoło czytając te słowa, niech zastanowi się, czy byłoby możliwe – zupełnie teoretycznie – masowe mordowanie wyłącznie przedstawicieli wrogiej religii w państwie, gdzie co prawda stanowią oni większość, ale około 25% ludności to „nasi”? Gdyby pod żadnym pozorem nie można było, nawet przez przypadek, pozbawić życia wyznawcy własnej ideologii? Raczej każdy z czytających przyzna, że byłoby to niezwykle trudne, zwłaszcza gdy multikulturowa społeczność na ogół każdego dnia mija się na tych samych ulicach i alejkach. 

Jeśli faktycznie jest tak, że hermetyczna społeczność islamska ma wiedzę na temat planowanych masakr, to dlaczego żadna z tych osób nie zgłasza tego odpowiednim służbom, w celu uratowania dziesiątek istnień (bo tyle średnio traci życie)? Czyżby naprawdę życie nie-muzułmanów, ludzi „bez wartości”, nie miało dla wyznawców tej radykalnej religii znaczenia? 

NewsWeb.pl

NewsWeb.pl

Napisz do nas: redakcja@newsweb.pl

JAK TO SKOMENTUJESZ?